Głos za plecami

Stoję pod Meczetem Nowym. Nie, żeby był taki całkiem nowy. Ot połowa XVII wieku. No więc stoję pod nim i słucham wieczornych serenad muezina.
– To czas modlitwy – odzywa się głos za moimi plecami.
Omiatam wzrokiem wysokiego, siwowłosego, brodatego jegomościa w krótkich gaciach. Uśmiecha się.
– Cieszysz się, że jesteś w Europie? – pyta.
– Mogło być lepiej, mogło być gorzej – odpowiadam dyplomatycznie. – A Ty się cieszysz, że Was tam pewnie nie będzie?
– Zawsze trzeba się cieszyć, nawet jak nie bardzo jest z czego. Bo wtedy lepiej się żyje. – odpowiada nieznajomy. – Rząd taki do dupy mamy, ale jakoś jest, jakoś jest. A ty z jakiego kraju jesteś?
– Z Polski – mówię.
– To też tam teraz macie do dupy – wyrokuje. – Prawie jak tutaj.
Patrzę zdziwiony.
– Co, nie wierzysz, że my tu wiemy coś o Polsce?
– Nooo – odpowiadam bardzo elokwentnie.
– Hahahaha. No to teraz pewnie zmienisz zdanie. Jest z czego się cieszyć.
Poszedł.

A ja zostałem z wezbraną falą własnych myśli oraz zapachami pieczonego mięsa, ryb i uryny.

Pierwszy wieczór i od razu tak prosto w ryja..

Reklamy

Pomiędzy duchem i materią część 2

Jemal łypie znad tulipanowej filiżanki. – Wyglądasz, jakbyś nie pospał tej nocy – oświadcza. Ma rację, derwisz skubany. Nie pospałem. Myśli wciąż krążyły wokół wczorajszych wydarzeń*. Nie sądziłem, że aż tak mnie siekną. Że będą wiercić dziurę w mózgu, narzucać się w każdym momencie, nieustannie, bez wytchnienia. Ledwie trochę podrzemałem nad ranem. Siedzimy sami w kawiarnianym patio. Z dołu słychać brzęk szkła i pisk przejeżdżającego za szybą tramwaju. – No dobra, mów! Co się stało?  Czytaj dalej

Pomiędzy duchem i materią – część 1

Budzi mnie lekkie szarpnięcie. Unoszę ciężkie, niczym ołów powieki. To chyba jakaś mała turbulencja, podsuwa mózg, jeszcze otępiały. W uszy wdziera się – niczym nóż w arbuza – jazgot przestraszonego huśtaniem berbecia. Krzywię się, usiłując skoncentrować wzrok w jednym punkcie. Nienaoliwione świadomością szare komórki zataczają pierwsze koła myśli. Tak, tak. Aaa, dobra. Samolot, jestem w samolocie. Wracam do kraju. Jak to wracam?  Przecież kilka godzin temu byłem jeszcze tam, w tym domu. U niego. Była chyba druga w nocy.. Czytaj dalej

Ciekawość czyli o wędrówkach za kotem

Za rogiem czaiło się nieznane.

Przystanąłem zaciekawiony. Wąska uliczka ginęła za wzniesieniem. Nie widać żywego ducha. To dziwne, w tak zatłoczonym, jak Beyoglu miejscu. Tylko resztki starej gazety sfruwają na bruk, gnane podmuchami październikowego wiatru. Scena prawie jak z Matrixa.

Skręcić czy pójść utartym, znanym szlakiem? To podstawowe pytanie. Z miejsca, w którym stoję nie widać niczego nadmiernie ciekawego. Tu brama, tam drzwi, gdzieś niedaleko skrzypi okno, w kałuży po niedawnym deszczu kąpie się wróbel. Dwa metry za mną ludzka rzeka – nie zwracając uwagi ani na mnie, ani tym bardziej na moje rozterki – przelewa się w kanionie głównego trotuaru. Nikt nawet nie spojrzy w tę stronę. Bo w sumie i po co? Ani tu sklepu, ani knajpy, ani kościoła, meczetu, czy zwyczajnego kibla. Czytaj dalej

Targ wśród ruin

Któregoś dnia wyjdź z hotelu z mocnym postanowieniem, że chcesz zobaczyć kawałek prawdziwego stambulskiego, przeciętnego życia. Poczuć w końcu – tak odmienną od Twojej  – zwykła zwykłość dnia. Nasycić się smakami i zapachami nieznanych zaułków. Pomalować przyszłe wspomnienia patyną kurzu dawno zapomnianych przez odwiedzających miejsc. Być niedaleko głównych wycieczkowych punktów na mapie miasta, lecz  z dala od turystycznego blichtru. Bez ociekających złotem wystaw, marmurowych fasad i podłóg, lecz blisko urokliwej, przyziemnej codzienności, tej esencji życia, bez miłości do której niepodobna być szczęśliwym. Czytaj dalej

Twarz w tłumie

O tej porze Most Galata tętni codziennym zgiełkiem. Trotuar ugina się pod nogami tłumów przechodniów, drży pod kołami tysięcy przejeżdzających samochodów, skrzypi hurkotem długich, wypełnionych ciżbą wagonów tramwajów. Żar leje się z nieba. Wędkarze cierpliwie czekają na upragnioną rybną zdobycz. Sprzedawca kasztanów pcha swój wózek. Widać go w oddali płynącej przez most ludzkiej rzeki. Niedaleko mnie mały Syryjczyk sprzedaje wodę. Obok niego jakaś para robi sobie selfie telefonem zamocowanym na specjalnym uchwycie.

I nagle wśród tego jazgotu, zgiełku i kakafonii pisków, skrzypnięć, wizgów, pomruków, uczuć, marzeń i czynów pojawia się on. I wszystko cichnie, gaśnie, odpływa gdzieś w nicość. Czytaj dalej