– Słuchaj, muszę iść do dietetyka – mówi moja stambulska kumpela, a mnie brwi zawijają się za potylicę. – Potrzebuję rozpiski diety na następne dwa tygodnie. Pójdziesz ze mną? Tylko muszę Cię o czymś uprzedzić. Gościu jest eee, no taki trochę specyficzny.

Ooooo. To mnie zaciekawia. Specyficzny, turecki dietetyk. W sam raz na opowiastkę. Pewnie, że idę.Drzwi otwiera jedna z klientek. W poczekalni siedzi ich z sześć. Jedna w płaszczu, inna w krótkiej spódniczce, któraś w dresie, albo w kostiumie. Wszystkie zdrowo przegięły przez ostatnie lata z kebabami, pszenicą i baclavą. Dwie kobiety – pistolety o niewątpliwie sztucznych biustach, umięśnionych pośladkach i całkowicie odessanych z tłuszczu sylwetkach służą kawą, herbatą i wodą. Rzecz jasna odpłatnie.

Klientki przyglądają się ścianom. Czytają wypisane wprost na murze motywacyjne hasła, oglądają zdjęcia przed i po zastosowaniu diety lub podziwiają zdjęcie Ataturka wyglądającego wypisz wymaluj niczym Ralph Fiennes. Gdzieś w rogu turecka flaga a tuż za nią pokój ćwiczeń, zastawiony sprzętem do wyciskania siódmych potów. Na stoliku w kącie dostrzegam obok matrioszki figurkę supermena z twarzą zastąpioną zdjęciem właściciela.

Z pomieszczania za ścianą wydobywają się wrzaski.
– To pewnie któraś z dziewczyn nie przestrzegała diety – tłumaczy kumpela. – Facet mówi jej właśnie, żeby nie marnowała jego czasu.

– Mówi? To chyba eufemizm – szepczę jej do ucha.

– Eee tam. On tak zawsze.

Z pokoju wybiega zestrachana klientka. Tuż za nią wytacza się pan dietetyk. Wygląda niczym skrzyżowanie Tarzana z Sylwestrem Stallone. Ledwo mieści się w przejściu. Zarówno na wysokość jak i szerokość. Podchodzi do kobiety, łapie za kołnierz bluzki i przyciąga do siebie. Mówi podniesionym głosem. Ona potakuje. Pozostałe patrzą. Widzę w oczach uwielbienie i strach. Ja pierdziu, sekta jakaś dietetyczna, czy co?

– I co. On ciebie tak też? Pozwalasz mu na to?
– Nie – słyszę odpowiedź. I nie bardzo jestem pewny czy nie usłyszałem głosie nutki zawodu.

Gość obraca się, dostrzega mnie i milknie. Potem coś krzyczy.
– Masz za długie nogi – tłumaczy koleżanka – Tarasujesz przejście.

No dobra. Podkurczam posłusznie kopytka i czekam na dalszy rozwój wypadków. Słyszę pełne zadowolenia chrząknięcie. Gość znika w swojej pakamerze. Musi co, zaznaczył teren przed innym samcem.

Kobieta – pistolet zaprasza kumpelę do gabinetu. Przyglądam się dwóm parom, manewrujących wśród kolan innych klientek pośladków.

Dziesięć minut później staram się odczytać zalecenia. Wygląda mi na samą śrutę i zielonkę. Orzeszki, ziarenka, cynamon, migdały, suszone śliwki i morele, herbatki ziołowe, zakaz cukru i dużo warzyw. I liście jakieś. Nie bardzo wiem jakie. Pewnie żona moja osobista by wiedziała.

Idąc do toalety, zerkam na gabinet. Pan i Władca kobiecych kształtów i żołądków siedzi rozparty na fotelu wypełniając sobą dwie trzecie pomieszczenia. W rogu przycupnęła kolejna klientka. Nieśmiało skubie szef dresu na udzie. Asystentka – pistolet notuje zalecenia dotyczące ćwiczeń i zasad spożywania.

Z radia rozwalonego na cały regulator leci jakieś dyskotekowe porno. Pytam kumpelę czy jej to nie przeszkadza.

– Przyzwyczaiłam się. Jak siedzisz tu i czekasz przez trzy godziny na audiencję, to obojętniejesz.

– Przecież, mówiłaś, że umawiacie się na konkretną godzinę.

– Tak, ale on lubi sobie pogadać.

Patrzę na matrioszkę i supermena o twarzy pana Dietetyka. I z trudem ogarniam sytuację.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s