Żona moja osobista zaordynowała zakup ziół do swoich intraktów, nalewek, miszkulancji i dekoktów. Poszedłem zatem do zaprzyjaźnionego od lat sklepu zielarsko – olejarskiego na zakupy. Zaopatrzyłem się w 2,5 kg kurkumy w czopkach (znaczy się w kawałkach) i 3 kilogramy najprzedniejszych super hiper extra goździków. Prima sort i w ogóle czad. Zapakowane jak do wysyłki. Bardzo pancernie. Właściciel, żonę moją osobistą wirtualnie pozdrowił, zdrowia życzył, dziecko błogosławił i modły zanosił, żebym wszelakiego dobra i dostatku dostąpił.

Pomyślałem sobie, że zanim wyślę owe zakupy przez jaką firmę kurierską do domu, pójdę sobie do Błękitnego Meczetu i trochę pofotografuję pielgrzymów. Zostawiłem więc paczkę u sklepikarza i udałem się na fotopołowy.

Droga wiodła przez bazar egipski. Gładko przeszedłem kontrolę na wejściu i takoż samo na wyjściu. Kilkaset metrów dalej natykam się na stary osmański budynek poczty. Myślę sobie, a co tam, zapytam czy da się wysłać nie przez Fedexa, tylko tak jakoś normalnie, jak drzewiej bywało.

Na hali nikt nie mówi po angielsku. Z wyjątkiem strażnika. Ten wskazuje mi odpowiednie drzwi. W pomieszczeniu siedzą trzy kobitki. Z tyłu za nimi jakiś gołowąs łypie im na monitory. Mówię, że mam sześciokilową paczuszkę i że chcę ją wysłać do Polski. Słucha, kiwa głową, siada przy kompie, coś tam stuka, wraca i podaje parametry. Wszystko jest do przyjęcia, więc mówię, że zaraz wrócę z rzeczoną paczką i ją wtedy wyślemy. Dobra.

Potruchtałem do sklepu, przechodząc przez bazar egipski rzecz jasna, bo to najkrótsza droga. Kontrola tu, kontrola tam. Zabieram paczkę i wracam. Przez bazar egipski, a jakże. Kontrola tu, kontrola tam. Policjanci już się uśmiechają. Myślą pewnie sobie, że jakiś przypał nic, tylko tam i z powrotem gania bez celu.

Docieram na pocztę. Przede mną staje miła dwudziestoletnia na oko pani, z długimi paznokciami, w złotych butkach i kręconych długich, brązowych włosach. Ni w ząb nie mówiąca po międzynarodowemu. Koniec końców jakoś udaje jej się powiedzieć….., że muszę otworzyć paczkę, ponieważ chcą wiedzieć, co jest w środku. Nosz kurwasz macież, ja pierdolęż. Właśnie ją zapakowałem. Idealnie, hermetycznie i bez skazy. Nie, muszę porozcinać i pokazać, co jest w środku.

No dobra, biorę nóż i tnę. Pokazuję.
– Co to? – pyta dziewczyna patrząc na żółte bobki, zapakowane w folię.
– Kurkuma – uśmiecham się przymilnie. – Taka przyprawa, no wie Pani, do kuchni.

Zlatuje się rada. Patrzą na tę nieszczęsną kurkumę i na te goździki, debatują, ja stoję jak cielę, nic nie rozumiem, wnoszę tylko z kontekstu, że jest jakiś problem. W końcu ogłaszają wyrok.
– Dobra wyślemy tę paczkę, ale musisz ją zapakować tak, żeby nie było czuć zapachu. Bo inaczej nie przejdzie.
– No właśnie tak była zapakowana – mówię. – Teraz muszę na nowo wszystko zrobić. Macie jakąś folię?
– Nie nie macie, idźcie kolego na bazar, tam Wam pomogą zapakować.

#@!^&)&$#!!!! Tyle mam do powiedzenia w tej kwestii. Nadmienię że w całej konwersacji wydatnie pomaga nam wujek google. Bo z angielskim paszczowym kiepsko po drugiej stronie.

Idę na bazar. Kontrola tu, kontrola tam. Policjanci patrzą na mnie, jak na wariata. Sto metrów za bazarem kupuję folię. Wracam tą samą drogą. Kontrola tu kontrola tam. Macham rękoma, wzruszam ramionami. Chłopaki już mnie nawet nie sprawdzają. Okoliczni sprzedawcy już nie krzyczą. „Hello Mister, excuce me, we have good spieces”!! Przez bazar przemykam niczym tornado.

Na poczcie owijam paczuszkę z pięćdziesiąt razy wzdłuż i pięćdziesiąt w poprzeg. Miła dziewczyna w złotych butkach prosi o wypełnienie danych teleadresowych.

Wpisuję adres domowy, ale za Chiny ludowe nie mam pojęcia, co wpisać w danych nadawcy oprócz imienia i nazwiska. Kobita patrzy na mnie bezradnie. Podchodzi koleżanka i każe wpisać nazwę hotelu. To jeszcze pamiętam, ale ulicy, kodu i numeru już nie. No i nie mówię, że już w nim nie mieszkam od dwóch dni. Kobity, widząc moje męczarnie same wpisują, że to Beyoglu i Istiklal Caddesi. A pies mu mordę lizał. Nieważny nadawca, ważny odbiorca. Poprawiam kilka błędów, powstałych podczas wpisywania przez panią pocztową adresu naszego domu w Pucku. Uśmiecham się przy tym anielsko. Obiecałem sobie przecież, że poćwiczę cierpliwość, zanim pójdę do Wydziału Ksiąg Wieczystych, załatwić sprawy z dawno już spłaconym kredytem.

Jeszcze tylko kwestia deklaracji zawartości. Dziewczyna konsultuje się z koleżanką i coś tam wpisuje. Na pewno nie są to zioła i przyprawy. Książki chyba. Mam przynajmniej taką nadzieję.

Po 98 minutach od pierwszego wejścia, przyklejam na paczce etykietkę z danymi do wysyłki. Ufff. W końcu!!!!!

– Teraz proszę to zanieść na zaplecze. – komenderuje dziewczyna.
– Eeee, że co?
– Nooo, niech Pan idzie i zaniesie paczkę do magazynu!
– Achaaa. No tak, To przeciż oczywiste. Jasne oczywiście. Już niosę. Pięknie dziękuję za pomoc.

Położyłem paczkę w kącie. Obok setki innych pakunków. Kierownik poczty uśmiecha się przyjaźnie.

– Dojdzie za tydzień. Albo dwa!. Wybrał Pan przecież opcję lotniczą!!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s