Jemal łypie znad tulipanowej filiżanki. – Wyglądasz, jakbyś nie pospał tej nocy – oświadcza. Ma rację, derwisz skubany. Nie pospałem. Myśli wciąż krążyły wokół wczorajszych wydarzeń*. Nie sądziłem, że aż tak mnie siekną. Że będą wiercić dziurę w mózgu, narzucać się w każdym momencie, nieustannie, bez wytchnienia. Ledwie trochę podrzemałem nad ranem. Siedzimy sami w kawiarnianym patio. Z dołu słychać brzęk szkła i pisk przejeżdżającego za szybą tramwaju. – No dobra, mów! Co się stało? 

Opowiadam. Nie każdą emocję potrafię wiernie przełożyć na angielski. Trochę pomijam, coś niecoś upraszczam. Ale trzymam się sensu i sedna sprawy. Mówię, przerywam, szukam słów, znów mówię. O energii, o jedności, o wizji, o przemyśleniach. O tym, co mi to robi, jak szarpie i drapie mnie tam w środku. O pytaniach, które sobie stawiam. Bo co niby mam puścić? I czym jest ta czarna, niekończąca się dziura? Co jest białym światłem? Dlaczego spadam? Jemal słucha. Znad herbaty przestała unosić się para.

– Co o tym sądzisz? – pytam w końcu. Czuję walące w żebra serce. – Allach wyraźnie  coś chce Ci powiedzieć. – zaczyna ostrożnie. Dobra, dobra. Nie mieszajmy w to  zaraz Allacha- myślę. – Rafael zrozum, jak długo wiruję, nigdy nie miałem tak głębokiej wizji. To niesamowite, co mi opowiadasz. Ty to masz starą duszę! To niespotykane, by przeżyć coś takiego za pierwszym razem.

Patrzę zdumiony. Jego słowa zawstydzają, czynią jeszcze bardziej niepewnym.  – Dziś masz być w Kadirchane, prawda? – ciągnie. – Nie idź tam. Wróć do Yakuba Baby. Opowiedz mu, co Ci się przytrafiło. Yakub jest specjalistą od interpretacji snów i wizji. – Ale przecież już się z nimi wczoraj pożegnałem!! Powiedziałem, że wrócę za rok! No jak to tak? – oponuję. – Wszystko stało się podczas zikr u Yakuba prawda? – Jemal cierpliwie rozmontowuje linię mojej nieporadnej obrony. – Wprawdzie mają tam dzisiaj jakąś uroczystość, ale idź, powiedz Mustafie o co chodzi, niech ci pomoże, niech tłumaczy. Może szejk znajdzie dla Ciebie chwilę czasu, Inshallah. A jak nie, to nie. Nic nie stracisz. Nic, co się wczoraj stało, nie jest przypadkiem. Decyzja należy do ciebie.

Ściskamy się na pożegnanie. – Rafael – słyszę, ginąć w objęciach Jemala. – Zaufaj losowi. Odruchowo odsuwam się i sprawdzam, czy to nie jednak Obi Wan Kenobi.

W piwnicy Mauritzio i Ahmed ćwiczą medytację i podstawowy krok semy. Yakub Baba, usadowiony pod ścianą, koryguje każdą niedokładność. Tylko lekko uniesione brwi świadczą o jego zdziwieniu. Siadam obok i obserwuję naukę. Stopa Mauritzia odziana w podartą, pończoszaną skarpetkę, krwawi. Czerwony ślad marze się po posadzce. Pot kapie na rękawy białych koszul.

– Nie spodziewaliśmy się dzisiaj Twojej wizyty – słyszę głos Mustafy. Patrzę z balkonu na panoramę Fatih. – Co cię do nas sprowadza? Kolejny raz tego dnia opowiadam wczorajsze przeżycia, powtarzam słowa Jemala. Wyjaśniam intencje. Wiem, że świętują, ale proszę. Bardzo proszę. Mustafa patrzy mi w oczy. Waży słowa. – Nic nie mogę ci obiecać. Zaraz wychodzimy na modły, potem coś zjemy, i znów do meczetu. Potem sema. Wszystko skończy się pewnie przed północą. Nie wiem, czy szejk będzie miał czas i siłę, by cię wysłuchać. Patrzę na niego błagalnym wzrokiem. – Dobra. Zostań. To nie jest dobry czas, ale zostań. Zobaczymy. Wszystko w ręku Allacha.

Ćwiczę cierpliwość. Milczę, obserwuję, podążam za wydarzeniami. Nie mam na nic wpływu, nie kontroluję niczego, nie wiem, jak skończy się to moje czekanie. Mam w sobie tylko nadzieję, że stanie się to, co się ma stać. Ciężko jest. Bardzo. Jak można tak żyć?

Istanbul

Dziedziniec meczetu Fatih

Meczet, posiłek, chwila odpoczynku, znów meczet. Z ciężkich, niskich chmur siąpi mżawka. Chłodno. I ciemno. Siadam na dziedzińcu, tuż przy jednym z filarów. Ludzi coraz więcej. Wszędzie, gdzie tylko nie sięga woda, rozkładają maty. Grube kable wylewają się z telewizyjnych wozów transmisyjnych i znikają we wnętrzu świątyni. Szykuje się przekaz na żywo. Niedobrze. Chyba nici z szybkiej modlitwy. Pod ścianami okalającymi dziedziniec rozsiadają się kobiety. Nie chcę przeszkadzać, więc przytulam się do słupa jeszcze mocniej. Tłum gęstnieje. Deszcz omywa marmurowe posadzki. Sprawdzam coś w aparacie. – Hej! Nie możesz tutaj być – głos należy do ogromnego, zarośniętego gościa w kufi. Za sobą słyszę stłumione chichoty. – Czekam na przyjaciół – tłumaczę. – Są w środku. A stąd najlepiej widać. – Ok, jasne, ale nie możesz tu zostać. To miejsce jest dla kobiet. Jesteś chrześcijaninem?  Kiwam głową. Ok. Pamiętaj, że u nas kobiety i mężczyźni modlą się osobno. A teraz weź swoje rzeczy i idź za mną.

Patrzą przyjaźnie, z zaciekawieniem, uśmiechają się. Kładę rękę na sercu i chylę głowę w pozdrowieniu. Jak ci Syryjczycy z zaprzyjaźnionego baru. Odwzajemniają ukłon, robią miejsce. Siadam na macie ramię w ramię z setką nieznanych mi mężczyzn. I nie czuję się obco. Czy u nas w Polsce ludzie w kościele zrobiliby to samo wobec muzułmanina?

Istanbul

Dziedziniec meczetu Fatih w deszczu

Modlitwa zamiast 20 minut trwa dwie godziny. Przez tę przeklętą transmisję imamowie celebranci wznoszą się na wyżyny oracyjnych umiejętności mierzonych długością przemówień. Jest już po 23. W tłumie opuszczającym meczet dostrzegam Mustafę. – Może ja jednak pójdę już do domu? – pytam. – Chyba nic z tego nie będzie. – Cierpliwości, przyjacielu, cierpliwości. Teraz sema – Mustafa uśmiecha się i klepie mnie w ramę. – Czas powirować.

1:30 dnia następnego. Zmęczeni, śpiący siadamy na dywanach. W powietrzu czuć jeszcze wibracje muzyki. Żar semy przygasa w co poniektórych oczach. – Cudowny wieczór – mówię do Mustafy. – Ale chyba już sobie pójdę. Jutro rano mam samolot. – Jeszcze chwila – pada odpowiedź. – Jeszcze chwila. Rozmawiamy o niczym przez dobre pół godziny. Mustafa nachyla się do Yakuba i coś mu szepcze na ucho. Szejk kiwa głową. Spogląda na mnie z uśmiechem. – Twoja cierpliwość została nagrodzona. Mów.

Zikr, wizja, czarna dziura, upadek, światło, słowa Jemala, cel, czekanie, próby zrozumienia. Słowa płyną. Proszę, by powiedział mi, co to wszystko wg niego oznacza.  Chwilę milczy, czuję w sobie świdry jego oczu.

– Przecież już wiesz. – mówi w końcu. – Widzę, że wiesz.

Oczy wilgotnieją. Skłaniam głowę, by ukryć wzruszenie. – Wiem szejku. Wiem. Tylko się boję.

– To masz nad czym pracować.

Trzecia w nocy. Wychodzimy. Mustafa podrzuca mnie pod hotel. Bracie – żegnam się, ściskając jego dłoń – wiele dziś dla mnie zrobiłeś. – Nie Rafael, to nie ja. To Ty sam zrobiłeś coś dla siebie.

Czuję się lekki i przygnieciony zarazem. Znam drogę. Tylko nie wiem, jak nią kroczyć. A za 6 godzin odlatuje mój samolot.

Budzi mnie lekkie szarpnięcie. Unoszę ciężkie, niczym ołów powieki. To chyba jakaś mała turbulencja, podsuwa mózg, jeszcze otępiały. W uszy wdziera się – niczym nóż w arbuza – jazgot przestraszonego huśtaniem berbecia. Krzywię się, usiłując skoncentrować wzrok w jednym punkcie. Nienaoliwione świadomością szare komórki zataczają pierwsze koła myśli. Tak, tak. Aaa, dobra. Samolot, jestem w samolocie. Wracam do kraju. Jak to wracam?  Przecież kilka godzin temu byłem jeszcze tam, w tym domu. U niego. Była chyba druga w nocy..

*O tym, co zdarzyło się wczoraj, opowiadam w tym miejscu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s