Budzi mnie lekkie szarpnięcie. Unoszę ciężkie, niczym ołów powieki. To chyba jakaś mała turbulencja, podsuwa mózg, jeszcze otępiały. W uszy wdziera się – niczym nóż w arbuza – jazgot przestraszonego huśtaniem berbecia. Krzywię się, usiłując skoncentrować wzrok w jednym punkcie. Nienaoliwione świadomością szare komórki zataczają pierwsze koła myśli. Tak, tak. Aaa, dobra. Samolot, jestem w samolocie. Wracam do kraju. Jak to wracam?  Przecież kilka godzin temu byłem jeszcze tam, w tym domu. U niego. Była chyba druga w nocy..

Jemal uśmiecha się i z lubością pochłania drugą porcję baclavy. – Przyjdź dzisiaj – mówi siorbiąc jabłkową herbatę. – Będzie zikr*. Inny. Nie taki, jaki już widziałeś. Będzie spokojnie. Mnie niespecjalnie się podoba, ale tobie może tak. Powinieneś doświadczyć różnych rodzajów ceremonii. A każdy zikr zawsze jest trochę inny.  Zobaczysz, poczujesz i jutro mi powiesz, jak było. To w końcu Twoje ostatnie dni.

Opuszczając naszą kawiarenkę, dumam nad propozycją. Głosik w czaszce podpowiada, że będzie się działo. Że w pełni doświadczę nieoczekiwanych skutków jemalowych pomysłów. Spoglądam na cyfry telefonicznego zegara. Jeszcze całe 5 godzin.

Nie lubię czekać. Nie cierpię myślenia, że coś się stanie, tylko jeszcze się nie stało. Że tyle minut jeszcze. Snuję w głowie obrazy i rozmowy. A jak tak sobie snuję, to nerwowy się staję. No niech już się zacznie, niech się stanie, niech się ruszy! Trudno robić coś innego, bo co chwila wytrysk myśli. Tu i teraz jakieś takie odległe. Mętne. Jeśli już ma się coś dziać, to niech się dzieje. Teraz, już, zaraz, natychmiast! A nie tylko ciągłe przewijanie filmu, który jeszcze nie powstał i być może w ogóle nie powstanie. Ach ten czas się snujący się jak mgła po łące w bezwietrzny poranek.

Idę przed siebie, by zapomnieć o myśleniu. Chcę tylko reagować. Rozpędzone samochody nawet nie trąbią, kiedy przechodzę na szago przez kolejne drogi. Omijam wylewające się na chodnik stragany, przeciskając się przez rozedrgany codzienną krzątaniną targ. Przysiadam w parku, by poczytać książkę. Wspinam się na dach jakiegoś budynku, by sfotografować równoczesną panoramę Błękitnego Meczetu, wejścia do Bosforu i Kadikoy. Piję kawę w zaułku za Sulejmanem. Jem kebab w zaprzyjaźnionym syryjskim barze.

Istanbul

Na balkonie Mauritzio duka arabskie litery. Idzie mu, jak kowalowi pisanie przy pomocy młota. Słońce pomalutku skłania się ku dachom. Ktoś zaprasza do środka. Na baraninę i ryż, ayran i chleb, winogrona i mango, baclavę i lokmę**. Na rozmowy, siedzenie na ułożonych pod ścianami poduszkach, na naukę i imamowe opowieści. Wtulam się w kąt przy stoliku. Słucham. Bardziej duszą, niż rozumem. Podczas wykładu Mustafa tłumaczy na angielski. Dziękuję mu uśmiechem i ukłonem za tę grzeczność. Przecież nie musi. Zwyczajnie, troszczy się o gości. Sam nie wiem w sumie, czy jestem jeszcze gościem. Tyle razu tu byłem. Imię mam nawet. Stałe miejsce pod oknem.

Istanbul

Mustafa mówi, że już czas. Przy umywalce podwijam rękawy i nogawki. Najpierw twarz, potem uszy i szyja. Metodycznie i dokładnie. Potem ręce do łokci. Na koniec stopy do łydek. Mustafa obserwuje, z uznaniem kiwa głową. – Jakbyś to robił przez całe życie – mówi. – Zapamiętałem obserwując – odpowiadam wycierając się do sucha.

Siadamy w kręgu. Łokieć przy łokciu, kolano przy kolanie. Ktoś zaczyna śpiewać. „Bismillah ir-Rahman ir-Rahim. Estaughfirullah, tubtu ila ‚llah, wa na `aytu qalbi an ma siwa ‚llah”. Zamykam oczy. Śpiew błądzi w zakamarkach umysłu. Otwieram się. Pozwalam myślom uciec, skryć się przed okiem mojej własnej świadomości. Staję się czysty. Chłonny. Czuję energię kręgu. Kiwam głową, pochylam się w lewo, pochylam się w prawo, zgodny z rytmem, wprzęgnięty w jedność ruchu ciał. Nie śpiewam, nie znam słów. Tylko czuję. La ilaha illa ‚llah.

Wizja przychodzi nagle. Stoję na brzegu czarnej dziury. Przechylam się i spadam. Wciąż spadam i spadam. Spadanie nie ma końca. Ciemność narasta, a ja spadam. I zaczynam się bać. Nigdy już nie zobaczę światła. Tylko mrok i ciemność. Jakaś cząstka mówi, żebym odpuścił. Że ciemność to strach. Że już czas. Puszczam. Nie wiem co, nie wiem jak, ale puszczam. I natychmiast wypadam w biel. Ciało drży. Dusza pulsuje światłem, umysł nie wierzy w to co przeżył. Ile to trwało? Co właściwie się stało? Unoszę powieki. Widzę wpatrzonych we mnie ludzi. Twarze w uśmiechu. Już koniec? Rozglądam się. Odnajduję ciepłe spojrzenie Yakuba Baby***. Kiwa głową. Chyba wie, gdzie byłem.

Stoję na balkonie, kurczowo zaciskając palce na aparacie. Wciąż płonę niedawnym przeżyciem. Nade mną przysiada ogromna mewa. Rozpościera skrzydła. W tej samej chwili zwalniam spust migawki. Odlatuje. Ku wieczornemu słońcu.

Czy to ja? – pytam sam siebie. – Wolny, swobodny, bez strachu i obawy? Czy to ja właśnie?

 

Koniec części pierwszej.

 

 

* Jeśli ktoś chce dowiedzieć się czym jest zikr, zapraszam do przeczytania tego postu.

**Lokma – smażone w głębokim tłuszczu ciasto kształtem przypominające donaty. Polewane słodkim syropem. Kaloryczne do sześcianu :-).

***Yakub Baba – suficki imam. Jego dom zawsze stoi przede mną otworem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s