Adrian – pytam w hotelu zaprzyjaźnionego recepcjonistę – który hammam jest ok? – Galatasaray – pada szybka odpowiedź. – Wygniotą Cię tam jak starą ścierę do podłogi. Zarezerwować Ci kąpiel?

No jasne!

W progu wita mnie potężny, jowialny właściciel. Jest większy od Pudziana, porusza się niczym golem. Poniżej głęboko osadzonych brązowych oczu i sumiastych wąsów czai się serdeczny uśmiech. – Witaj drogi gościu. – mówi. – Zdejmij buty proszę.

Dostaję klucz od osobistej przebieralni. Pytam, czy do pierwszej sali mogę zabrać aparat. – Bierz, jeszcze za wcześnie na tłumy. Tylko uważaj, by Ci nie zamókł!

Szybko się przebieram. Peştamal (specjalny cienki ręcznik w kratę) na biodra, drewniane chodaki zwane po turecku takunya na stopy. Schodzę na dół. Właściciel otwiera drzwi do marmurowej łaźni parowej. – Jak już będziesz miał dosyć, po prostu wyjdź – mówi. – Wtedy przyjdzie ktoś by Cię umyć i wymasować.

Koszmarnie gorąco. Koszmarnie parno. Widzę jak przez mgłę. Czasem wydaje mi się, że podwójnie. Od czasu do czasu z sufitu skapnie kropla wody. Uderzy w kamienny podest (göbek taşı), na którym leżę czasem w posadzkę albo w proso we mnie. Gdzieś w przestrzeni leniwie sączą się dźwięki fletu. Unoszę oczy. Kilka metrów nad sobą widzę punkciki światła. Wyglądają trochę jak lądujące UFO. Kręcę głową w prawo i w lewo. Stwierdzam definitywnie, że świat wokół mnie jest jakiś rozrzedzony. Strużki wody i potu wsiąkają w rozłożony pode mną na marmurowym podeście materiał. Moje ciało zaczęło właśnie proces oczyszczania. Bo w sumie o to chodzi podczas kąpieli w hammamie. Wypocić brud i toksyny, a potem dać się porządnie wytarmosić. W końcu hammam to po turecku łazienka :-). Nie ma tylko z kim pogadać. Dawniej podczas wizyty w hammamie załatwiano interesy, dyskutowano o zarówno o sprawach państwowych jak i życiu codziennym. Ten zwyczaj wciąż nie wyszedł z mody. Ale – jak na złość – dziś nie ma jeszcze nikogo, poza mną. No tak. W sumie to nie ma jeszcze południa. Leżę zatem, wytapiam się, mięknę i paruję. Taki mój chwilowy los.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sklepienie hammamu Galatasaray

Budzi mnie lekkie puknięcie zimna w samo czoło. Niech to szlag, przysnąłem. Całe szczęście, że przeistoczona w zimną kroplę para, postanowiła skorzystać z praw grawitacji dokładnie nad moją głową. Dostałem centralnie w środek czoła. Na szczęście. Powoli, ociężale, zsuwam się z podestu. Ledwie powłócząc nogami wychodzę na korytarz. Tam czeka już na mnie Recep.

Leżę na stole do masażu, na oko jakieś 3 razy większym od tych, które znam. Recep -potężny facet, z potężnymi wąsami i potężnym brzuchem, namydla po kolei każdą część mojego ciała. Tego odkrytego ma się rozumieć. Dłonie, jak szufle do węgla, ugniatają mięśnie. Bez skrupułów i zbędnej zabawy. I tak jestem rozlazły bez masażu, a tu proszę gość chce mnie pozbawić kości. Jakoś potrafi wyczuć, gdzie mam zakwasy. Czuję się, jakby przejechał po mnie ołowiany gorący walec. Na koniec jeszcze przejazd młotem pneumatycznym po kręgosłupie. Dwa kręgi z trzaskiem wpadają na swoje miejsce. Czuję natychmiastową ulgę.

Przechodzę do części łaziebnej. Siadam na marmurowej posadzce. Zgodnie z islamem, nie można kąpać się w tej samej wodzie, w której kąpał się ktoś inny. Woda w hammamie musi płynąć. Recep bierze wiadro, napełnia wodą. Odwraca się i chlust. Zaliczam pierwsze dziesięć litrów na łeb! Woaaahh. Ciepłaaa. Drugie wiadro. Trzecie. I czwarte dla równego rachunku. W ruch idą mydło i naturalna gąbka zwana tu kese. Szufle czochrają głowę. Dygocę, czerwienieję. Rozpulchniony, zmiękczony, wiotki i oklapły, walczę by usiedzieć pod naporem ciężaru cieczy. I znów wiadro wody. I jeszcze jedno. I jeszcze. I poprawka. Parskam, wzdrygam się, przecieram zalane wodą oczy. – Good? – słyszę dudniący głos w zatkanych uszach. Unoszę kciuk tuż po kolejnym chluśnięciu. Jasne, że good, bardzo wielkie good. Noo, jak good, to marsz pod prysznic. Aaaaa!!!!!! Zimna woda!!!!! Po chwili przyzwyczajam się i zaczynam czuć, jak po ciele rozchodzi się ożywcza fala energii.

Szef łaźni wyciera mnie osobiście. Duży ręcznik wiąże na ramionach. Mniejszy w specjalny sposób mocuje na głowie. Wyglądam, jak Lawrance z Arabii. Siadam w recepcji. Podają herbatę. Powoli, z namaszczeniem sączę gorący płyn. Delektuję się tą rozkoszną chwilą. Mały kawałek baclavy tylko tę rozkosz pogłębia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Lawrance z Arabii z aparatem 😉

Wychodzę na ulicę i od razu kieruję swe kroki do kawiarni. Łaźnia – mimo poczęstunku – wyzwala potrzebę uzupełnienia kalorii. Zamawiam kunefe i już wiem, że mam ochotę na powtórkę.

* Pisane z męskiej perspektywy. Jak wygląda przebieg kąpieli damskiej, nie mam – z oczywistych względów – zielonego pojęcia :-).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s