Za rogiem czaiło się nieznane.

Przystanąłem zaciekawiony. Wąska uliczka ginęła za wzniesieniem. Nie widać żywego ducha. To dziwne, w tak zatłoczonym, jak Beyoglu miejscu. Tylko resztki starej gazety sfruwają na bruk, gnane podmuchami październikowego wiatru. Scena prawie jak z Matrixa.

Skręcić czy pójść utartym, znanym szlakiem? To podstawowe pytanie. Z miejsca, w którym stoję nie widać niczego nadmiernie ciekawego. Tu brama, tam drzwi, gdzieś niedaleko skrzypi okno, w kałuży po niedawnym deszczu kąpie się wróbel. Dwa metry za mną ludzka rzeka – nie zwracając uwagi ani na mnie, ani tym bardziej na moje rozterki – przelewa się w kanionie głównego trotuaru. Nikt nawet nie spojrzy w tę stronę. Bo w sumie i po co? Ani tu sklepu, ani knajpy, ani kościoła, meczetu, czy zwyczajnego kibla.

Robię krok do przodu. I znów opadają mnie wątpliwości. Po cholerę mam tam iść? Za godzinę mam spotkanie. A przede mną jeszcze kawał drogi. Z tyłu głowy jakiś cichy, niewyraźny głosik szepcze.. „no idź, zobacz co tam jest dalej, nie pożałujesz!” A ja chcę i nie chcę. „Dupa z Ciebie, nie podróżnik?” – głosik wali mnie w potylicę. „Czego Ci jeszcze trzeba???” „chyba wiary, że nie zmarnuję tam czasu – myślę sobie. – „Pić mi się chce. Za ciepło na takie spacery”.

I właśnie wtedy zza uchylonych drzwi wyłania się kot. Rudobrązowy, z długą puszystą kitą. Duży. Patrzy na mnie. Ziewa. Liże futerko, znów patrzy. Dłużej. Ciekawe, co mu się tam w tek kociej głowie kotłuje – myślę sobie. Kot patrzy dalej. W końcu miękko, z gracją odwraca się i podąża przed siebie.

Coś sprawia, że decyduję się iść w jego ślady. Kot od czasu do czasu odwraca się, jakby sprawdzał, czy wciąż za nim idę. Skręca w lewo. Ja za nim, skręca w prawo, ja za nim. Przystaje patrzy na mnie, kroczy dalej. Za czwartym zakrętem rudzielec dostrzega drewniany taboret. Wskakuje na niego, mości się i zasypia.

Obok stołka czerni się wejście do kramu. Kontrast światła jest tak duży, że niewiele widzę. Wytężam wzrok i dostrzegam postać pochyloną nad zawalonym przedmiotami stołem. Podchodzę bliżej, by lepiej się przyjrzeć. Kocur łypie na mnie jednym okiem i znów pogrąża się we śnie. Kiedy oczy przyzwyczajają się do mroku, uświadamiam sobie w końcu, co właściwie widzę. W maleńkiej niskiej piwnicy, przypominającej nieco norę chomika, szewc łata i klei zniszczone buty. Robię zdjęcie. Śpiący kot na zalanym słońcem taborecie i skupiony na pracy szewc, w ciemnej, głębokiej jamie. Robię dwie klatki. Szewc podnosi wzrok. Uśmiecha się. Gestem zaprasza do środka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szewc i jego pracownia

Kramik to jedna wielka rupieciarnia. Ochlapany klejem stół zapełniają buty, szewska taśma, rozmaite tubki z klejami, skrzyneczki z nie wiadomo czym. W rogu wiekowa maszyna do szycia. Nad nią najnowocześniejsza chyba rzecz w tym pomieszczeniu – podręczny wentylator. Na paździerzowych półkach przymocowanych wprost do kamiennych ścian piwnicy, buty, pudła, taśmy, foliowe worki z podeszwami. I radio upstrzone przyklejonymi kolorowymi karteczkami. Wyglądają na listę zamówień.

– Salam alejkum – mówię. – Alejkum salam – ręką wskazuje wyłożoną poduszkami deskę. Siadam. Niebieska koszula w paski, brudne robocze spodnie, podwinięte rękawy. Ciepła, pogodna, okolona siwą brodą twarz. Wysokie czoło oświetlone niewielką zamocowaną na niskim suficie świetlówką. Staram się opowiedzieć o kocie i o tym, co zobaczyłem, kiedy tu dotarłem, ale widzę, że nie rozumie. Pokazuję zdjęcie. Podnosi kciuk z uznaniem. Ręka toczy znów krąg po pracowni. Mogę fotografować. Patrzę, jak precyzyjnie nakłada klej, jak rozsmarowuje go na podstawie buta, jak dopasowuje nową podeszwę. Kolejne ujęcia. Ibrahim (tak ma na imię), nie zwraca na mnie uwagi. W tej chwili najważniejszy jest but i klej.

Pytam, bez większej nadziei, czy ma e-maila. Nie ma. Po dłuższej chwili pisze adres pocztowy syna. Jutro wyślę mu zdjęcia.

Żegnamy się serdecznie. Wychodząc, zerkam na kota. Przewrócił się na brzuch, dając mi jednoznacznie do zrozumienia, że chce być pogłaskany. Że powinienem podziękować za te niezwykłe minuty. Za te chwile spędzone w zagubionym szewskim kramie. Za uwiecznione na matrycy momenty. Za to, że robię dokładnie to, po co tu przyjechałem, poznając zwykłych ludzi, którzy wpuszczają mnie do swojego codziennego świata. Że mogę się zgubić, by koniec końców znaleźć. Że mogę posłuchać swojej ciekawości. Choć czasem rudy kot pomaga.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s