Ławeczka

Beyoglu, Olympus OMD E-M1

Beyoglu, Olympus OMD E-M1

Twarda ta ławka. Twarda i niewygodna. Tkwię na niej już 15 minut i nie mogę się umościć. Poobiednia mikrosjesta. Dookoła zielone klomby parku, pobliskie dróżki wypełnione tłumem mężczyzn wychodzących właśnie z popołudniowej modlitwy. Dziesięć metrów dalej przycupnęła budka z pieczonymi kasztanami. Zza drzew dochodzi szum pobliskiej ulicy. W parku, w środku miasta nie ma przestrzeni na idylliczną ciszę.

Kończę właśnie rozdział, w którym Charlie LeBouf opisuje przekręty pewnej pani radnej z Detroit. Zamierzam przejść do kolejnej części, gdy na kartki książki pada cień. Podnoszę głowę. Mocno znoszone, lecz starannie wypastowane buty, jasne, płócienne spodnie, stara marynarka ledwie zakrywająca opasły korpus, twarz poorana zmarszczkami, z kilkudniowym zarostem. Uprzejmy uśmiech, życzliwe oczy. Plastikowa siatka w dłoni.

– Mogę usiąść? – pada pytanie. Rozglądam się po pustych ławkach dookoła. – Tak, proszę. – odpowiadam. Wracam do lektury. Czuję jednak na sobie jego wzrok. Zamykam książkę i odwracam się ku niemu. Znów ten uśmiech.

– Jestem Irakijczykiem – mówi. – Mieszkałem w Mosulu. Byłem agentem handlowym. Miałem swoją firmę. Ale przyszła wojna. Uciekłem do Bagdadu. Mieszkaliśmy tam kilka lat. I znów musieliśmy uciekać. Teraz jestem w Turcji. Ja i moja rodzina. Zatrudniłem się jako agent spedycyjny. Niedawno mnie zwolnili. Teraz nie mam pracy, a chcę pojechać do Ankary. Zbieram pieniądze na autobus.

– Jak zamierzasz je zebrać? – pytam, chcąc odwlec nieco to, co nieuniknione.

– Różnie – odpowiada – Pracuję.

– A teraz masz przerwę? – jestem szczerze zdziwiony.

– No, nie, teraz to nie ma pracy – słyszę. – Mógłbyś mnie wspomóc?

– Jak? – udaję, że nie rozumiem.

– No wiesz, na przykład dać mi 300 lirów. Pojechałbym do Ankary.

– Rozumiem Twoją sytuację, ale nie jestem w stanie Ci pomóc. Nie mam takich pieniędzy.

Nie mijam się z prawdą. Rzeczywiście nie mam. Od czasu przygody z pucybutem-naciągaczem noszę przy sobie tylko tyle, ile mi potrzeba na przeżycie jednego dnia.

 

Jest wyraźnie zawiedziony. Trochę mi go szkoda. W sumie jest ok. Grzeczny, zadbany, do rozmowy podchodzi jak handlowiec, rzeczywiście mógłby być tym, za kogo się podaje. Dobrze mówi po angielsku. Nie kaleczy słów i akcentu. Swobodnie buduje zdania. Ale coś mnie powstrzymuje. Może to ten rolex na ręce, a może brak wzmianki o rodzinie przy wyjeździe do stolicy? A może po prostu dlatego, że bilet ze Stambułu do Ankary jest dużo tańszy? Coś mi się nie zgadza.

– Kiedy coś ostatnio jadłeś? – pytam. – Wczoraj. – Chodź, podejdźmy do tej budki z kasztanami. Kupię dla na obu.

– Nie, nie kupuj. Ja już sobie pójdę. A nie chciałbyś mimo wszystko kupić ode mnie tego zegarka? – wskazuje na rolexa.

– Nie. – odpowiadam z uśmiechem. – Mam zegarek w telefonie. Dobrego dnia Ci życzę.

Patrzę, jak odchodzi. Szybki, energiczny krok.

Bogatszy o wcześniejsze doświadczenia, umiem już w takich sytuacjach zachować spokój, trzeźwość myśli i nie odczuwać strachu czy niechęci. Wysyłam z mojej niewygodnej ławki w jego kierunku ciepłą myśl: „Niech Ci się uda z kimś innym”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s