Dziś jest taki dzień, w którym czas nie gra roli. Dziś nic nie muszę. Dziś nigdzie mi się nie śpieszy. Dziś jest dzień koali. Nie idę na śniadanie. Nie chcę po raz enty jeść jajek i frytek, sera pomidorów i ogórków. Postanawiam, że wstanę dopiero wtedy, kiedy mi się rzeczywiście zachce wstać.

Kontempluję to nicnierobienie. Błogi stan. Nie musieć odbierać telefonów, rozwiązywać złożonych, organizacyjno – prawno – etycznych problemów. Nie musieć słuchać narzekań, utyskiwań, próśb, żądań, zastrzeżeń i uwag. Nie musieć kombinować, lawirować i zastanawiać się nad konsekwencjami. Nie musieć mówić komuś co i jak ma zrobić. Albo, że ma zrobić. W ogóle nic nie musieć. Tylko być, leżeć i rozmyślać. Albo i nie. O 11:00 mój żołądek przypomina, że k…wa coś mu się od życia należy przecież. Pęcherz też daje znać o sobie. Znaczy, czas się ruszyć. W pobliskiej knajpie spożywam śniadaniolancz. Bo w sumie co? Nie mogę zjeść szaszłyka przed południem, czy co? Popijając kawę po turecku, rozmyślam jakby tu takie nicnierobienie rozciągnąć na cały rok, albo i dłużej. Nie znajduję jednakże adekwatnego dla mojej sytuacji rozwiązania. Coż może jutro?! Decyduję, że dziś odwiedzę Uskudar i Cengelkoy, dwie nadbosforskie dzielnice zlokalizowane w azjatyckiej części miasta. Tak. Dziś mam ochotę na nadmorskie bulwary. Prom, gigantyczne wycieczkowce, przycumowane do nadbrzeża w Karakoy, chłodny powiew południowego wiatru, słońce, zieleń wody. Mija tydzień pobytu w Istambule. W końcu zaczynam odpoczywać. Siedzę sobie vis a vis Wieży Panny. Spacer i zdjęcia, między innymi dziadka czyszczącego sobie w dłoniach scyzorykiem sztuczną szczękę, już za mną. Popijam herbatę, czytam książkę o upadku Detroit i układam sobie przyszłość. A przynajmniej jej plan. Bo nicnierobienie czyści umysł. Pozwala mu zająć się tym, co naprawdę ważne. Oczyszczony, odetkany, skupiony. Idealny stan do wymyślania, planowania i kombinowania. Jestem, jak te dzieci wiszące na tramwaju. Czyste umysły, zajęte zabawą, nie myślące o powiązaniach, potencjalnych konsekwencjach i skutkach. Zapisuję kilka kartek. Uśmiecham się do spisanych na nich pomysłów. Wizualizuję efekty. To pierwszy krok, by stały się rzeczywistością. Sączę ostatnie krople czaju i ruszam w drogę do Cengelkoy.

Syryjske dzieci uczepione relingu tramwaju Tunnel - Taksim Aparat Olympus OMD E-M1 obiektyw 75 mm f1.8

Syryjske dzieci uczepione relingu tramwaju Tunnel – Taksim
Aparat Olympus OMD E-M1 obiektyw 75 mm f1.8

6 kilometrów dalej na końcu bulwaru młoda para pozuje do zdjęć. Zauważają mnie, witają serdecznie, pozwalają się sfotografować. W pełnym słońcu, z radością i ochotą pozują do zdjęć. Widać, że się kochają. Obserwuję całą scenę przez kilka minut. Sesja niczym nie różni się od tych, których widziałem już dziesiątki. Kolejny dowód na to, że zwyczaje, niezależnie od kraju i religii dość mocno się unifikują. Czuję głód. Ponieważ dziś jest dzień ciała i instynktów, instaluję się w pobliskiej knajpce i zamawiam talerz smażonych kalmarów. Wieczór zastaje mnie w zupełnie innym miejscu. Kawiarenka w pobliżu Wieży Galata, wypełniona papierosowym dymem i gwarem rozmów. Sączę piwo. Moszczę się wygodniej w fotelu. Z głośników płynie Allelluja Leonarda Cohena. No więc Halleluujaahh!!!! Niech się święci dzień nicnierobienia. Takiego dnia potrzebuje każdy. Piwa, wygodnego fotela, dobrych myśli, muzyki z górnej półki. W umysł wciska się nowa myśl. To Elwood Blues twierdzi, że każdy potrzebuje kogoś do kochania. Podzielam tę opinię. Myślę o wszystkim, czego doświadczyłem, by tu, w tej chwili pić piwo i słuchać Blues Brothers z ulicznych głośników. I nic nie robić smile emoticon. No bo przecież to takie nicnierobienie fotografować klarnecistę, który swoim instrumentem wyczynia dzikie hołubce dźwiękowe i ruchowe. To takie nicnierobienie trafić sto metrów dalej na demonstrację kobiet, broniących swoich praw. I w końcu zostać zaatakowanym przez dwa plemiona Indian uzbrojonych w gitary i piszczałki, ubranych w trampki i pióropusze i grających na środku najsłynniejszego tureckiego deptaka serenady o Andach i kondorach. Zostać w tym czasie z pięćdziesiąt razy nagabniętym, czy nie zechciałbym wejść do jakieś knajpy czy sklepu. I w końcu dać się zwerbować do wypicia kubka świeżo wyciśniętego soku ananasowego. Grają Stonesi i John Lee Hooker. Myśl przychodzi jak spadająca kupa gołębia. Tak!!! Właśnie!!! Decyduję, że przedłużam go o kolejne 24 godziny. Hoochie Coochie Man!!! O!!!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s