But widać dopiero z dwóch metrów. Dziecięcy, podróbka Nike’a. Leży wśród papierków, torebek i folii, plastikowych kubków, kartonowych pudełek, resztek pledów i okruchów jedzenia. Cały skwer usiany jest pieczarkami odpadów. Pomiędzy nimi śpią, jedzą, rozmawiają i żyją ludzie. Trzeciej, czwartej, piątej kategorii. Uciekinierzy ze swoich domów. Wygnańcy wojennego losu. Zbiegowie śmierci. Niechciani tam, niechciani tu. Niechciani nigdzie. Zasadniczo traktowani jak śmieci. Syryjscy uchodźcy.

Jest ich w Turcji już ponad milion. Migrują do obozów przejściowych przez południową granicę Turcji. Niektórzy z nich uciekają dalej. Piechotą lub autobusem docierają do wielkich miast. Kusi ich propaganda Erdogiana. Przyznanie obywatelstwa, praca, możliwość głosowania. Oczywiście na AKP. Do niedawna nieprzerwanie od kilkunastu lat rządzącą Turcją partię islamistyczną.

Później okazuje się, że pracy nie ma, że rdzenni mieszkańcy niespecjalnie chętnie wypełniają muzułmański obowiązek jałmużny, że mieszkać trzeba w ruinach lub zwyczajnie, pod gołym niebem. Żeby przeżyć, trzeba żebrać. Siedzieć na schodach w podziemnych przejściach, przemykać się między tysiącami samochodów i pukać w szyby o parę lirów. Jeść byle co i myć się w słonych wodach Bosforu.

Nieopodal buta koczuje grupka dzieci. Zgromadziły się wokół kanapki z kiełbasą i serem. Jedno z dzieci ze wstrętem odrzuca lekko przejrzałe już mięso. Drugie bije tamto po twarzy. Płyną łzy, smarki lądują na koszulce. Odwracam głowę. Nie mogę na to patrzeć. Tym bardziej fotografować. Patrzę na zmęczone, stężałe twarze, bez większej nadziei na lepsze jutro.

W pobliskich na wpół zdewastowanych budynkach mieszkają całe społeczności. Podchodzę bliżej, przyglądam się brudnym kocom zastępującym szyby w oknach, rozwieszonym pomiędzy słupami podporowymi hamakom, widocznym przez uchylone drzwi. Zniszczonym ubraniom suszących się na linkach rozpiętych pomiędzy drzewami. Wrakom samochodów, niemym świadkom nędzy.

Zagłębiam się dalej w uliczki Fatih. To jedna z najbardziej religijnych dzielnic Stambułu. I jedna z najbardziej zaniedbanych. Pomiędzy rozpadającymi się, wiekowymi, drewnianymi domostwami osmańskimi, tak charakterystycznymi niegdyś dla Złotego Rogu rozpychają się rozwrzeszczane watahy dzieciaków. Bose, brudne, lecz na swój sposób szczęśliwe. Jeszcze nie dostrzegają swej biedy. Nie oceniają, nie wartościują, nie porównują się do innych. Bawią się tym, co mają. Nieważne czy to lalka, czy wyrzucona na śmietnik walizka. Kamień czy kawałek drewna. Wszystko co ma kształt i można to podnieść w każdej chwili może stać się zabawką. Tak na chwilę, na moment. Chwilkę szczęścia można przecież stworzyć z najprostszych elementów.

W moją stronę leci z góry ulicy piłeczka pingpongowa. Za nią pędzi kilkuletni maluch. Usiłuję złapać piłkę lecz przemyka mi się między palcami i nogami odbiwszy się uprzednio od jakiejś nierówności w bruku ulicy. Dziecko przebiega obok. Wpada na jezdnię. Słyszę gwałtowny pisk hamulców. Tuż przed nim staje samochód. Z opon unosi się jeszcze dym. Patrzę i nie mogę się ruszyć. Było tak blisko… Dziecko nie zważając na nic niknie pod straganem w poszukiwaniu swojej zabawki. Nikt nie krzyczy, nikt nie pilnuje, nikt się nie zatroszczy. Kilkanaście sekund później wynurza się utytłane błotem, uśmiechnięte, szczęśliwe. W ręku piłeczka.

Rozglądam się. Dookoła gruz, śmieci, kawałki kartonu, worki pełne czego, nie mam pojęcia czego, pękające ściany, rozchwiane drzwi. Wśród tego pobojowiska żyją ludzie, usiłując przetrwać następne dni. Przetrwać – to dobre słowo.

Dochodzę do Meczetu Sulejmana. Tu zaczyna się zgiełk handlowej części miasta. Zanurzam się w ciżbę, wąskie uliczki, pełne wszelakiego dobra na sprzedaż. Lecz przed oczami wciąż mam śmieci.

Kilka dni później stoję wśród nowych znajomych pod zajezdnią tramwajową przy placu Taksim. Występ bollywoodzkiej szkoły tańca zakończony, telewizja już pojechała. Jest trochę przed północą. Siedzimy na betonowym murku i rozmawiamy. Grupka syryjskich dzieciaków przylgnęła do nas. Proszą, by robić im zdjęcia. Jedno z dzieci chce sprawdzić, czy te dłuuugie rzęsy naszej koleżanki są prawdziwe. Gramoli się na jej kolana. Dziewczyna przytula malca – brudasa. Śpiewa piosenki, śmieje się, gładzi po niemytych chyba od tygodnia włosach. Chłopczyk przywiera do niej całym ciałem. Magazynuje każdą odrobinkę ciepła, którą dostaje.

Ta scena przywraca nadzieję. Wiarę w to, że można bezinteresownie podarować komuś zupełnie obcemu troszkę dobra, kawałek siebie, swojej intymności, swojej sympatii. Mimo różnic. Mimo statusu. Mimo obcości. Mimo wszystko.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s