Rafał, napisz coś o podróżowaniu samotnie – rzekła koleżanka poproszona o sugestie, co powinno się teraz znaleźć na blogu. Pomysł przyczepił się do mnie, niczym kleszcz. Ssie krwiopijca jeden niemyty i wpuszcza bokiem trutkę. Pomysł kiełkuje, pęcznieje, ale odczepić się nie chce. Piszę więc, bo inaczej się nie uwolnię. Chcę w istocie napisać o pozwoleniu na samotną podróż. Innym i sobie. I czerpaniu radości, kiedy to już się dzieje.

Pamiętam swój gniew. Kiedy żona moja osobista powiedziała mi, że wyjeżdża na miesiąc do Indii, byłem wściekły. Beze mnie, sama, na miesiąc!! Ja tu haruję, flaki sobie wypruwam, chcę jak najlepiej, a tu takie coś. Czarny mózg, czarne myśli, złość i frustracja. Najtrudniej było odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego właściwie tak się czuję? Dlaczego decyzja żony uruchomiła takie pokłady żółci? Ciężko było przyznać się przed samym sobą, że to zazdrość. Że ona to robi, a ja nie. Ciężko było powiedzieć sobie, że ma do tego prawo. Że będąc małżeństwem, powinniśmy mieć swoje autonomiczne obszary, takie gdzie jesteśmy tylko ona, albo tylko ja. Że to jest dobre. Że to buduje związek i czyni go pełniejszym. Że w niczym nie osłabia to miłości. Bo bycia razem oznacza też aprobatę na to, że nie wszystko da się zrobić razem. Że czasem potrzebna jest samotność, by gdzieś indziej przeżyć coś, co po powrocie zakiełkuje i wyda fantastyczne owoce. Jakże ciężko było to zrobić. Jeszcze ciężej było powiedzieć to na głos.

Najtrudniej zaś było uświadomić sobie najprostszą konsekwencję. Że przecież to wszystko działa w dwie strony. Ja też mogę. To dopiero było odkrycie! Coś jakby uświadomić sobie, że woda gasi pragnienie. Albo zrozumieć, że żeby zrobić dobre zdjęcie, trzeba chwilkę pomyśleć, co się chce na nim mieć i jak to przedstawić. Takie to proste. I takie trudne.

Podróżuję samotnie, bo tak jest dobrze. Robię to, co kocham. Wstaję o 5:00 i idę fotografować. Wracam do hotelu o północy albo i później. Śpię o drugiej po południu. Jestem tam, gdzie w tym momencie i w tym czasie mam ochotę być. Mam czas, by przetrawić to co zobaczyłem i przeżyłem. Osadzić, zrozumieć, przefiltrować. Opisać. Obrazem i piórem. Mogę godzinami siedzieć na schodach i obserwować ludzi. Mogę popijać w kawiarni herbatę, czytać książkę i doświadczać ludzkiego pędu i mojego spokoju. Mogę się skupić na byciu tu i teraz, odczuwaniu miejsc i ludzkich emocji. Nikt i nic nie zabiera mojej uwagi i mojego czasu. Podczas takiej podróży rodzina – mająca zupełnie inne potrzeby – męczyłaby się z ojcem wariatem.  Moje dziecko nie jest w stanie siedzieć ze mną na jakimś placyku i czekać aż ojciec zrobi takie zdjęcie jakie chce. Ona nie widzi w tym nic ciekawego. Woli konie i wodę. Będąc ze mną w takich sytuacjach przez cały czas dokonała by na mnie zamachu terrorystycznego po pierwszym dniu pobytu. Moja żona – pełna wyrozumiałości dla moich fotograficznych fanaberii –  nie wytrzymałaby długo w tej wielomilionowej ciżbie. Ona preferuje spokój i ciszę. Tu nie ma łąk i ziół. Za każdym razem musiałaby szukać dla siebie jakiegoś zajęcia, bo mąż pochłonięty jest zupełnie czymś innym. Nie ma mnie z nią. Mnie ma mnie z dzieckiem. Jestem z Istambułem. Jeśli jestem z rodziną nie ma mnie z Istambułem. W taki sposób, w jaki chcę i pragnę z nim być. Dlatego do tego miasta jeżdżę sam.

Nie znaczy to, że jestem samotny. Gram wtedy swoją muzykę – jak ten klarnecista na górze – idę swoją ścieżką. Spotykam na niej ludzi, którzy wzbogacają mnie, poszerzają horyzonty tego, co robię i jak żyję. Rozwijam się dzięki nim. Nie przeżyłbym tego, gdybym był z rodziną. Dlatego do Istambułu jeżdżę sam.

A kiedy wracam, energia którą tam zassałem procentuje na miejscu. Inaczej myślę, inaczej działam, inaczej funkcjonuję. Jestem bardziej otwarty, życzliwszy, nastawiony pro. Powiecie, że to efekt odpoczynku. Macie rację. Ale jakiż to odpoczynek. Gdzie w istocie pracuję od świtu do nocy i nieustannie mnie to kręci. Gdzie zdarzenie goni zdarzenie, gdzie każda chwila jest niepodobna do drugiej, gdzie ciągle dzieje się coś, czego nie zaplanowałem. A ja podążam za zdarzeniami. Odwrotnie, niż w mojej standardowej rzeczywistości. Gdzie to ja kreuję zdarzenia, ja je reżyseruję i ja podejmuję decyzje. Uwielbiam nie wiedzieć, co za chwilę przeżyję.

Dlatego już się cieszę na kolejną istambulską przygodę.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “O samotnym podróżowaniu

  1. Wczoraj moja koleżanka powiedziała: „jeżdżę raz w miesiącu na tydzień do Maroka. Na więcej mąż mi nie pozwala”. I uśmiechnęła się. Inni pozwalają nam na tyle, na ile sami sobie pozwolimy.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s