To drugie wśród najczęściej zadawanych pytań dotyczących moich wyjazdów do Turcji. Jakże trudno jest znaleźć krótką, syntetyczną i rzeczową odpowiedź. Taką, którą słuchacz przyswoiłby bez szemrania, zrozumiał, zaakceptował i jeszcze na dokładkę się z nią zidentyfikował. Strasznie to trudne. No bo jak tu opowiedzieć o tej niezwykłej energii, której tam doświadczam, o zdarzeniach, które nijak nie przytrafiają mi się w Polsce, o tej mozaice ludzi, ubrań, kultur, zwyczajów, codziennym uroku podróży na drugi kontynent. O tym, że ja – introwertyk w coraz większym stopniu – dobrze się czuję w miejscu, gdzie na stałe przebywa 18 milionów ludzi? O tym w końcu, że tam, właśnie tam zrozumiałem, co to znaczy być otwartym wobec innych?  Ano, spróbujmy.

Istambuł to takie miejsce, gdzie bardzo odległa przeszłość, odległa przeszłość, przeszłość i teraźniejszość mieszają się w taki sposób, który dostarcza Ci niezwykłych wrażeń i przeżyć. Gdzie na każdym kroku obcujesz z historią, geniuszem fundatorów, architektów i wykonawców. Pomiędzy nimi teraźniejsza ultranowoczesność. Chrom, szkło, metal, marmur, beton. Zmiksowane ze sobą, współistniejące, zależne. Tu obok siebie możesz spotkać cud architektury  osmańskiej, monumentalne dzieło umysłu i rąk ludzkich, wspaniale utrzymana i stale restaurowane i stojące tuż obok rozpadające się budynki, w których zamiast drzwi wiszą koce, a zamiast okien wstawiono tekturę. A w środku mieszkają ludzie. Bez prądu, bez wody, na gruzie i śmiechach. Nie do pomyślenia w centrum Warszawy.

Istambuł to miejsce niezwykłych kontrastów. Począwszy od światła, poprzez upał dzielnic i chłód morskiej bryzy i czarne abaje muzułmanek i skąpe stroje noszone przez to samo pokolenie, które chce być wolne od nakazów religii. Od cudownie odrestaurowanych starych osmańskich domostw po stojące tuż obok nich rozpadające się kilkusetletnie rudery. Od dzieci tureckich, biegających po szkolnym boisku, dobrze ubranych i zadbanych po umorusane od stóp do głów dzieciaki syryjskie, bawiące się na ulicy wszystkim, co znajdą, nie znających żadnych zasad poza tymi, które obowiązują na tejże ulicy. Od pięknych modernistycznych kamienic Beyoglu do stojących tuż obok nich, opuszczonych po pogromach Greków w latach pięćdziesiątych, zaniedbanych budynków, które kiedyś musiały być równie piękne. Od przepięknych, kapiących od przepychu wystroju witryn sklepowych do stoliczków wiekowych dziadków, zarabiających na chleb sprzedażą chusteczek higienicznych. I wszystko to obok siebie, w jednej scenerii, niemal w jednym miejscu. Nie widziałem tego w Polsce. Nie widziałem takiej kondensacji bogactwa i biedy jednocześnie na tak małej przestrzeni.

Istambuł tętni życiem. Rano jeszcze odrobinę niemrawo, koło południa żywo i tłumnie, by pod koniec dnia mniej więcej od godziny 17 zamienić się w istne mrowisko ludzkie, które przemieszcza się ulicami, okupuje kafejki i restauracje, siedzi na ławkach, schodach i chodnikach, rozmawia, dzwoni, tańczy, ucztuje, kłóci się, załatwia bieżące sprawy, kupuje i sprzedaje, łowi, czyta, szyje lub po prostu siedzi i odpoczywa. Wszytko to na ulicy. O północy centrum miasta nadal pulsuje, niezależnie od tego czy to weekend czy zwykły dzień. U nas w Polsce ludzie już śpią, zamknięci w swoich domach, odizolowani ścianami, zamkami, płotami i przede wszystkim niechęcią do zwykłej interakcji i spędzania czasu poza domem. Tu, ludzie dopiero zastanawiają się, kiedy udadzą się na spoczynek.

W Istambule, co chwila coś się dzieje. Wystarczy przejść się Aleją Niepodległości. Co 100 metrów, ktoś gra, często na bardzo wysokim poziomie. Kawiarnie, kluby, wystawy, mecze, demonstracje, uliczne występy, przemarsze, happeningi, śluby z udziałem tłumu publiczności, nawoływania lodziarzy, wszystko to nieustannie Cię otacza, wabi, mami i koncentruje Twoją uwagę. Gdzie byś nie poszedł masz szansę trafić na coś interesującego. Wyobraźcie sobie Jarmark Dominikański w Gdańsku. Tu jest tak codziennie 😉

Istambuł jest rajem dla fotografa. Nieważne, czy jesteś fotografem architektury, czy portretujesz ludzi, czy interesuje Cię marynistyka, fotografia uliczna czy zwyczajnie jesteś turystą i robisz pamiątkowe zdjęcia. Sceneria jest tak bogata, tak różnorodna i tak niezwykła, że fotografując codziennie od świtu do nocy przez rok czasu nie wyczerpiesz tematu. Nie znam takiego miejsca w Polsce.

Wreszcie na koniec to co najważniejsze. Istambuł mnie zmienia. Kiedy tu jestem czuję, zapominam o wszystkim innym. Rzadko kiedy w Polsce zaczepiam na ulicy zupełnie obcych mi ludzi. Tu jest inaczej. To otwieram się na inność. Wnikam z obcą mi kulturą. Chcę ją poznać, zrozumieć. Uśmiecham się do ludzi. Cieszę się życiem. Fotografuję. Spełniam się, Wyrażam siebie. Podążam za tym, co się dzieje. Piszę. Robię rzeczy, na które w kraju nie mam czasu. Żyję. Mam w tym mieście wielu znajomych i przyjaciół. Rozwijam się, uczę i doświadczam siebie na nowo. Kocham to miasto. Kocham siebie takim, jakim tu jestem.

Czy mógłbym tu mieszkać i pracować? Co bym tu robił? Czy gdyby to było miejsce mojej codzienności fascynacja by została czy uleciała? Nie wiem. Wiem, że już wkrótce tam powrócę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s