Pamiętam to moje podniecenie. Pilot właśnie obwieścił, że za kilka minut lądujemy. Niecierpliwie spoglądam przez okienko w kokpicie. Próbuję odgadnąć, co jest co w tej jednej przeogromnej masie budynków. Gdzieś tam jest Złoty Róg, Beyoglu, Wieża Galata, Bosfor, wszystkie te miejsca, o których do tej pory tylko czytałem w przewodniku. Teraz zobaczę je na własne oczy. Teraz przeżyję to osobiście. Będę sam na sam z tym miastem i odkryję je po mojemu.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Wiedziałem, że muszę odpocząć. Zebrać myśli. Odizolować się na jakiś czas od codziennych spraw, pracy, domu. Od myśli o tym, co jutro, co dalej i kiedy będzie ten dzień, że poczuję się spełniony. Ciężki to był dla mnie czas. Zmieniał się mój główny klient, uczyłem się wielu nowych rzeczy, oswajałem zmory i strachy w mojej głowie. Chciałem przeżyć coś samotnie. Fotografując, smakując, dotykając, wnikając, odkrywając. Wstawać skoro świt albo i przed świtem. Z pierwszym brzaskiem być już na ulicach. Robić zdjęcia ludziom i architekturze. Zobaczyć miejsca, które naznaczone są wielowiekową historią. Zrobić w końcu do cholery coś zupełnie odmiennego od rutyny dnia powszedniego, od dbania o dom, bycia mężem i ojcem, zarabiania pieniędzy i martwienia się o przyszłość. Tylko gdzie pojechać? Wzrok prześlizgnął się po półce z przewodnikami. Zatrzymał się na żółtej okładce z czarnym napisem Istambuł. Miasto prawie tak słynne jak Jerozolima. Hmmm. Niedawno rozmawiałem z Muge, turecką koleżanką jeszcze z okresu pracy w korporacjach. Zadzwoniłem jeszcze raz.

Żona wsparła. Rozumiała. Wiedziała, że to dla mnie dobre. Bo sama przeżyła to kilka lat wcześniej. Uśmiechała się, kiedy z zapałem opowiadałem jej o tym, co chcę zobaczyć. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że się w Istambule zwyczajnie zakocham.

Bilety na lot LOT-em, wiza, zakupy waluty. Spać miałem u koleżanki Muge, Didem. W azjatyckiej części miasta. Kurcze, codziennie będę kursował z Azji do Europy i z powrotem. Nie wiedziałem jeszcze czym właściwie będę kursował, ale co tam. Najważniejsze, że będę.

W końcu lądujemy. Kontrola paszportowa, sprawdzenie wizy, odbiór bagażu. Didem wysłała MMS-a ze zdjęciem otoczenia, w którym zaparkowała swoje auto. Muszę ją odnaleźć. Gdzie to jest? O, widzę ten billboard. To chyba tu. Widzimy się pierwszy raz w życiu. Wcześniej konwersowaliśmy tylko przez fejsa. Uśmiech, ciepłe oczy, życzliwość w sercu. Cała Didem.

Jedziemy i rozmawiamy. Poznajemy się, odkrywamy przed sobą pierwsze wątki naszych żywotów. Ciekawi nas wszystko. Oboje. Na drodze coraz więcej samochodów. Zaczął się popołudniowy szczyt komunikacyjny. No to sobie postoimy – mówi Didem. – Chciałam Ci pokazać trochę miasta i przez to wpakowaliśmy się w niezłe szambo. Rzeczywiście, wleczemy się w tempie 5 metrów na pięć minut. Wiesz – próbuję ratować jakoś sytuację – ale za to będziemy mieli więcej czasu na poznanie się. Śmiejemy się. Nie mamy w sumie innego wyjścia. Miasto zadecydowało za nas.

Robi się ciemno, a my jeszcze nie dojechaliśmy do szczytu cypla Złotego Rogu. Muge czeka z kolacją. Cóż, chyba zjemy zimną. Obserwuję otoczenie i szalone wyczyny części kierowców. Dziesiątki tysięcy samochodów na ulicach w jednym nieustającym korku, jadących z prądem, pod prąd, po dwóch trzech obok siebie na jednym pasie, trąbiących co kilka sekund jeden na drugiego, zatrzymujących się 5 cm od Twoich drzwi i zderzaków, otwierających okna i wrzeszczących na siebie, jeśli jeden drugiem zajedzie drogę. Przed sobą widzę Hagię Sophię na pierwszym planie a za nią w tle super hiper nowoczesny wieżowiec. Dookoła mnie sączą się przez szyby samochodu modlitwy płynące z dziesiątków meczetów – głośniejsze niż najgłośniejsze dyskoteki w kurortach. W tym ścisku, zgiełku, harmidrze i hałasie toczę nieprawdopodobną rozmowę…. Powoli dojeżdżamy do mostu na Bosforze. Nic nie widać w dole. Ciemno, żadnych świateł na wodzie. Most za to mieni się różnymi barwami swojej iluminacji.

Mijamy dzielnice i budynki, których nazwy nic mi jeszcze nie mówią. Didem tłumaczy mi wszystko, ale zapamiętuję piąte przez dziesiąte. Za dużo informacji, za dużo wrażeń, za dużo bodźców. Jasny gwint! Wszystkiego za dużo! Dopiero kilka dni później będę już kojarzył nazwę z miejscem i wiedział o co chodzi. Teraz czuję się jakbym zjadł 10 kilo ziemniaków.

18 milionów ludzi… Za oknem przewijają się w zapadającym zmroku nieprawdopodobne widoki… Chyba przyspawam sobie aparat do rąk w ciągu następnych dni… Na miejsce dojeżdżamy od 22:00. Podróż trwała 4 godziny. 40 kilometrów. Rekord pobity na samym początku. Na miejscu czeka już kolacja tak turecka, jak tylko można. Cudne chwile spędzone na jedzeniu i rozmowie.

Północ… czas udać się do domu, w którym będę mieszkał…. i nie móc z wrażenia zasnąć…. Tak oto przywitał mnie Istambuł. A jutro? Jutro będzie pięknie.

Didem

Didem

Muge

Muge

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Początek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s